Pierwsze polskie powojenne wydanie „Chatki Puchatka”. Dlaczego okładka zdradza, że jej autor raczej nie przeczytał tej książki? – film
Są książki, które wszyscy znamy, a jednak za każdym razem zaskakują nas od nowa. „Chatka Puchatka” A.A. Milne’a należy właśnie do takich tytułów. Dla wielu czytelników to po prostu klasyka dzieciństwa, ale dla antykwariusza liczy się jeszcze coś więcej: konkretne wydanie, jego materialność, projekt okładki, czas powstania i to, co te elementy mówią o epoce.
W Polsce „Chatka Puchatka” ukazała się po raz pierwszy w 1938 roku w przekładzie Ireny Tuwim, a pierwsze polskie wydanie powojenne tej książki wyszło w Warszawie w 1948 roku, nakładem Spółdzielni Wydawniczej „Wiedza”. Okładka proj.L J.K. Widera.
I właśnie ta okładka jest dziś szczególnie ciekawa.
Bo kiedy patrzy się na pierwsze polskie powojenne wydanie „Chatki Puchatka”, można odnieść wrażenie, że projektant wiedział jedno: to ma być książka dla dzieci. Ale już niekoniecznie wiedział, jaka to jest książka. I na tym polega cały urok — a zarazem cała pomyłka.
„Chatka Puchatka” to nie tylko książka dla dzieci
W powszechnym odruchu wrzuca się Kubusia Puchatka i „Chatkę Puchatka” do jednego worka: miś, Prosiaczek, trochę humoru, trochę ciepła, las, dzieciństwo. Tymczasem druga z tych książek ma ton wyraźnie inny. Jest spokojniejsza, bardziej pożegnalna, chwilami wręcz delikatnie melancholijna. To nie tylko zbiór zabawnych scenek, ale opowieść o końcu pewnego świata, o odchodzeniu dzieciństwa i o tym, że nawet w Stumilowym Lesie coś się kiedyś kończy. Sam utwór Milne’a ukazał się po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii w 1928 roku jako druga część przygód Puchatka.
Dlatego właśnie okładka pierwszego powojennego wydania wydaje się tak interesująca. Zamiast nastroju czułości, ciszy i lekkiego smutku dostajemy formę bardziej dekoracyjną, umowną, podporządkowaną ogólnemu wyobrażeniu o „książce dziecięcej”. To projekt, który komunikuje kategorię, ale niekoniecznie treść.
Okładka, która opowiada nie tę historię
W dawnych wydaniach często widzimy bardzo wyraźne napięcie między tekstem a jego opracowaniem graficznym. Zwłaszcza w czasach powojennych, gdy liczyła się szybkość produkcji, dostępność materiałów, uproszczenie formy i pewien wizualny schemat. Okładka miała sprzedać książkę jako przedmiot rozpoznawalny, a nie zawsze wejść w subtelny dialog z jej treścią.
I właśnie tak jest tutaj.
Jeżeli bowiem naprawdę przeczytać „Chatkę Puchatka”, trudno myśleć o niej wyłącznie jako o wesołej historyjce z misiem. To książka o relacjach, pamięci, rytuałach codzienności, a na końcu także o rozstaniu. Tymczasem projekt okładki pierwszego polskiego wydania powojennego zdaje się mówić: „oto sympatyczna, pogodna książka dziecięca” — i na tym poprzestaje.
Nie ma w tym może winy projektanta. Raczej znak czasu. W tamtym momencie ważniejsze było prawdopodobnie to, by wpisać książkę w znajomą estetykę powojennej ilustracji i dziecięcego druku niż uchwycić ton Milne’a. Ale właśnie dlatego można dziś z lekką złośliwością powiedzieć: autor okładki raczej tej książki nie przeczytał — albo przeczytał ją bardzo pobieżnie.
Irena Tuwim zrobiła więcej niż tylko przekład
Nie sposób mówić o polskiej „Chatce Puchatka” bez wspomnienia Ireny Tuwim, której przekład ukształtował całe pokolenia polskich czytelników. To właśnie dzięki niej Puchatek nie jest u nas tylko przełożonym z angielskiego bohaterem, lecz postacią głęboko osadzoną w polszczyźnie — miękką, ciepłą, idiomatyczną, naturalną. Jej dorobek translatorski dla dzieci był ogromny, a książki jej autorstwa i przekłady osiągały ogromne nakłady w wydawnictwie Nasza Księgarnia.
I może właśnie dlatego ta rozbieżność między tekstem a projektem okładki staje się jeszcze bardziej widoczna. Bo język Tuwim ma w sobie precyzję tonu. On wie, kiedy być śmieszny, kiedy czuły, a kiedy prawie smutny. Okładka pierwszego powojennego wydania wydaje się przy tym mniej uważna — jakby oglądała tę książkę z zewnątrz.
Dlaczego stare wydania dziecięcych książek są dziś tak fascynujące?
Dla kolekcjonera, bibliofila czy po prostu miłośnika dawnych książek pierwsze polskie powojenne wydanie „Chatki Puchatka” z 1948 roku jest interesujące nie tylko dlatego, że jest stare. Interesujące jest dlatego, że pokazuje moment przejścia: między przedwojenną kulturą książki a rzeczywistością powojenną, między wielką literaturą dziecięcą a jej lokalnym opracowaniem, między tekstem a wyobrażeniem o tekście.
Takie egzemplarze są dla antykwariatu szczególnie wdzięczne. Nie opowiadają wyłącznie historii autora. Opowiadają też historię tłumacza, wydawcy, drukarni, projektanta okładki i gustu epoki. Czasem są piękne. Czasem nieporadne. Czasem wręcz chybione. Ale właśnie dlatego są prawdziwe.
„Chatka Puchatka” w antykwariacie wygląda inaczej niż w księgarni
Współczesne wydania najczęściej starają się już być wierniejsze duchowi tej książki. Są bardziej świadome jej klasyczności, subtelności, miejsca w kulturze. Dawne wydania mają inną wartość: nie tyle „poprawnie” interpretują tekst, ile pokazują, jak dana epoka próbowała go oswoić.
A przecież antykwariat jest właśnie od tego: żeby patrzeć nie tylko na to, co wydano, ale też jak wydano. W przypadku pierwszego powojennego wydania „Chatki Puchatka” najciekawsze jest może właśnie to lekkie przesunięcie. Ta szczelina między książką Milne’a a jej polskim wizualnym opakowaniem. Ta chwila, w której tekst mówi jedno, a okładka coś trochę innego.
I dlatego taki egzemplarz jest więcej wart niż zwykła nostalgia.
Bo przypomina, że książka to nie tylko treść. To także przedmiot. A przedmioty — jak to w antykwariacie — bardzo często mówią prawdę mimochodem.
- Views143613
- Likes0







