Czego nauczyłem się od sów — figurki sów w Antykwariacie Szarlatan – krótki film
Są przedmioty, które pojawiają się w antykwariacie pojedynczo, przypadkiem, jakby tylko na chwilę. I są takie, które wracają regularnie, w różnych postaciach, z różnych domów, wykonane z różnych materiałów, w różnych stylach, jakby należały do jakiegoś większego, cichego porządku. Do tych drugich należą sowy.
Sowy ceramiczne, porcelanowe, drewniane, szklane, metalowe. Sowy małe, ledwie mieszczące się w dłoni, i większe, które od razu przejmują półkę. Sowy realistyczne i zupełnie bajkowe. Sowy ludowe, nowoczesne, zabawne, dostojne, trochę kiczowate, trochę magiczne. Sowy z wielkimi oczami, sowy z przymrużonym spojrzeniem, sowy siedzące nieruchomo, jakby wiedziały coś, czego my dopiero mamy się domyślić.
W krótkim filmie pokazuję różne figurki sów, które trafiły do Antykwariatu Szarlatan. Ale tak naprawdę nie chodzi tylko o figurki. Chodzi o pytanie: dlaczego akurat sowa tak często wraca w kulturze, w domowych dekoracjach, w kolekcjach, w prezentach, w symbolach wiedzy i tajemnicy? Dlaczego ludzie od lat stawiają ją na biurkach, półkach, komodach i regałach z książkami? Co takiego ma w sobie to ptasie stworzenie, że nawet wykonane z ceramiki albo porcelany wciąż wygląda, jakby patrzyło głębiej niż zwykła ozdoba?
Może dlatego, że sowa jest jednym z tych zwierząt, które od razu wydają się znaczące. Nie trzeba wiele tłumaczyć. Widzimy sowę i myślimy: noc, cisza, mądrość, tajemnica, las, obserwacja, ukryte życie świata. Sowa nie biega, nie popisuje się, nie szczebiocze, nie zabiega o uwagę. Siedzi. Patrzy. Czeka. Widzi to, czego inni nie widzą.
A w świecie pełnym hałasu to jest bardzo rzadka umiejętność.
Można powiedzieć, że antykwariusz powinien mieć w sobie coś z sowy. Nie dlatego, że ma być ponury, nocny i osowiały, choć czasem po długim dniu wśród kartonów z książkami i porcelany też tak wygląda. Raczej dlatego, że w tej pracy trzeba umieć patrzeć. Nie tylko oglądać szybko, powierzchownie, handlowo. Trzeba patrzeć cierpliwie, uważnie, czasem z dystansu. Trzeba zobaczyć szczegół, którego inni nie zauważyli: sygnaturę na spodzie figurki, ślad dawnej naprawy, rodzaj szkliwa, rękę rzeźbiarza, starą etykietę, podpis, datę, znak wytwórni, proporcję, która zdradza epokę.
Sowa nie rzuca się na świat od razu. Najpierw obserwuje. Antykwariat też uczy obserwacji. Każdy przedmiot, zanim zostanie opisany, wyceniony i wystawiony, musi zostać obejrzany. Nie tylko z przodu, ale z tyłu, od spodu, pod światło, czasem przez lupę, czasem w kontekście innych przedmiotów. Rzeczy potrafią milczeć bardzo długo, ale gdy się im przyjrzeć, zaczynają coś ujawniać. I wtedy okazuje się, że największe odkrycia nie zawsze są tam, gdzie przedmiot najgłośniej krzyczy: „patrz na mnie!”. Często są w tym, co ciche.
Od sów nauczyłem się więc najpierw patrzenia.
Nie takiego patrzenia, które od razu chce ocenić i nazwać. Raczej patrzenia, które daje rzeczom chwilę. Figurki sów są w tym sensie bardzo dobrymi nauczycielkami. Każda z nich jest niby tym samym motywem, a jednak każda jest inna. Jedna ma w sobie humor. Druga powagę. Trzecia jest prawie dziecięca. Czwarta wygląda jak mały strażnik biblioteki. Piąta jest trochę groteskowa. Szósta — zupełnie elegancka. Jeśli ustawić je obok siebie, widać, jak jeden symbol może przejść przez wiele epok, gustów i wyobraźni.
Bo sowa w sztuce użytkowej i domowej dekoracji nigdy nie jest tylko ptakiem. Jest znakiem. A znaki żyją dłużej niż moda. Zmienia się materiał, zmienia się kolor, zmienia się styl, ale sowa pozostaje sową: stworzeniem nocy, oka, wiedzy i tajemnicy.
W wielu domach figurka sowy stała kiedyś na regale z książkami. To nie przypadek. Sowa dobrze wygląda wśród książek, jakby była ich naturalną patronką. Nad biblioteką nie pasuje każde zwierzę. Pies wydaje się zbyt ruchliwy, kot zbyt kapryśny, koń zbyt przestrzenny, kogut zbyt hałaśliwy. Ale sowa? Sowa pasuje idealnie. Siedzi cicho między grzbietami tomów i sprawia wrażenie, że pilnuje wiedzy, która tam stoi.
Może właśnie dlatego tak często wraca do antykwariatu. Bo antykwariat jest trochę nocnym lasem dla książek i przedmiotów. Nie w sensie dosłownym, oczywiście. Mamy normalne światło, drzwi, ladę, regały i klientów. Ale pod spodem jest w tym coś z lasu: gęstwina rzeczy, ślady dawnych obecności, szelest papieru, ukryte historie, stare tropy. Trzeba umieć się w tym poruszać. Trzeba czasem zatrzymać się przed czymś niepozornym. Trzeba nie przestraszyć się półmroku.
Od sów nauczyłem się więc także, że nie wszystko, co ważne, dzieje się w pełnym świetle.
Niektóre rzeczy ujawniają się dopiero po czasie. Tak jest z książkami, z obrazami, z dokumentami, z porcelaną, z figurkami, a także z ludźmi. Pierwsze wrażenie bywa mylące. Czasem przedmiot, który wydaje się banalny, po chwili okazuje się ciekawszy. Czasem rzecz efektowna z daleka, z bliska traci blask. Czasem trzeba wrócić do obiektu po godzinie, po dniu, po kilku tygodniach. Patrzeć jeszcze raz. Sprawdzić. Porównać. Nie wydawać wyroku zbyt szybko.
Sowa jest cierpliwa. I antykwariat też wymaga cierpliwości.
W handlu starymi przedmiotami łatwo dać się ponieść pośpiechowi. Ktoś przynosi karton rzeczy, trzeba szybko zdecydować. Ktoś pyta o cenę, chce odpowiedzi natychmiast. Ktoś pokazuje zdjęcie, oczekuje diagnozy. Ale prawdziwe rozpoznanie nie zawsze przychodzi od razu. Czasem przedmiot musi trochę „posiedzieć”. Trzeba się z nim oswoić. Trzeba pozwolić, żeby szczegóły zaczęły układać się w całość.
Sowy siedzą. To może brzmieć banalnie, ale w tej postawie jest coś ważnego. My ciągle gdzieś biegniemy, przewijamy, sprawdzamy, klikamy, reagujemy. Sowa nie reaguje na wszystko. Nie marnuje ruchu. Nie musi udowadniać, że istnieje. Jest nieruchoma, ale nie obojętna. Czeka na właściwy moment.
W antykwariacie też nie wszystko trzeba robić gwałtownie. Czasem trzeba poczekać na właściwego klienta. Na człowieka, który zrozumie przedmiot. Na kogoś, kto nie kupuje tylko dlatego, że coś jest modne, ale dlatego, że naprawdę widzi. Jedna figurka sowy może stać długo i nikogo nie poruszać. A potem wchodzi ktoś, kto mówi: „moja babcia miała taką” albo „zbieram sowy od lat” albo „to będzie prezent dla kogoś, kto kocha książki”. I nagle przedmiot przestaje być samotny.
Od sów nauczyłem się więc, że rzeczy mają swój czas.
Nie wszystko sprzedaje się wtedy, kiedy chcemy. Nie wszystko zostaje rozpoznane od razu. Nie każda rzecz trafia natychmiast w swoje miejsce. Ale jeśli przedmiot ma w sobie jakiś sens, jeśli jest dobrze wykonany, ciekawy, piękny, zabawny albo symboliczny, to prędzej czy później znajdzie swojego człowieka. Antykwariat jest właśnie takim miejscem oczekiwania.
Sowy uczą też dystansu. Ich wielkie oczy patrzą niby bez emocji, ale trudno nie mieć wrażenia, że coś wiedzą. W figurkach sów jest czasem subtelny komizm: to małe stworzenia udające wielkich mędrców. Albo odwrotnie — wielka mądrość ukryta w małym ceramicznym ptaku. Ta dwuznaczność bardzo mi się podoba. Sowa jest poważna i zabawna jednocześnie. Dostojna i trochę śmieszna. Magiczna i domowa. Może stać w gabinecie profesora, ale też na półce u dziecka. Może być symbolem Ateny, wiedzy i filozofii, ale może też być pamiątką z Cepelii, figurką z PRL-owskiej meblościanki albo prezentem imieninowym.
I to jest bardzo antykwaryczne.
W antykwariacie wielkie i małe znaczenia bez przerwy się mieszają. Obok starodruku może leżeć zabawna ceramiczna figurka. Obok dokumentu z pieczęcią — pamiątkowy bibelot. Obok obrazu — książka kucharska. Obok porcelany — pocztówka z uzdrowiska. Rzeczy „ważne” i „nieważne” tworzą razem prawdziwy obraz ludzkiego życia. Bo życie nie składa się wyłącznie z arcydzieł. Składa się także z drobiazgów, prezentów, dekoracji, przypadkowych zakupów, przedmiotów lubianych bez powodu.
Sowy należą często do tej kategorii: niekoniecznie wielkich dzieł sztuki, ale przedmiotów, które ludzie lubili. A to też ma znaczenie. Czasem w antykwariacie za bardzo skupiamy się na tym, co rzadkie, drogie, autorskie, sygnowane i katalogowe. Oczywiście to jest ważne. Ale obok tego istnieje wielki świat rzeczy, które były po prostu obecne w domach. Stały na półkach, patrzyły na domowników, zbierały kurz, towarzyszyły rozmowom, przeprowadzkom, świętom i zwykłym popołudniom.
Figurka sowy potrafi być właśnie takim domowym świadkiem. Niby nic nie robi. A jednak była. Patrzyła z regału na czyjeś życie.
To brzmi trochę absurdalnie, bo przecież porcelanowa albo ceramiczna sowa niczego naprawdę nie widzi. Ale przedmioty mają tę dziwną właściwość, że choć same nie mają pamięci, to przechowują atmosferę pamięci. Kiedy trafiają do antykwariatu, przynoszą ze sobą coś z miejsc, w których stały. Nie konkretną historię, którą zawsze da się opowiedzieć, ale pewien rodzaj obecności. Patynę domowego życia.
Od sów nauczyłem się więc, że nawet mały przedmiot może być strażnikiem nastroju.
Nie musi mieć wielkiej ceny. Nie musi być muzealnym zabytkiem. Wystarczy, że był częścią czyjejś przestrzeni. Ktoś go wybrał. Ktoś go dostał. Ktoś go ustawił w widocznym miejscu. Ktoś przez lata go nie wyrzucił. A potem, po długim czasie, ten przedmiot trafia do nas. I my musimy zdecydować, czy umiemy zobaczyć w nim coś więcej niż tylko „figurkę sowy”.
Sowy uczą również pokory wobec symboli. Bo symbole łatwo spłaszczyć. Można powiedzieć: sowa to mądrość. I zamknąć temat. Ale to za proste. Sowa to nie tylko szkolna mądrość z dyplomu i biblioteki. To także mądrość nocy, czyli tego, co niewidoczne w dzień. Mądrość milczenia, bo sowa nie tłumaczy się ze wszystkiego. Mądrość cierpliwości, bo nie poluje w panice. Mądrość obrotu głowy, czyli umiejętności spojrzenia pod innym kątem. Mądrość ciemności, bo nie każdy potrzebuje reflektora, żeby widzieć.
W antykwariacie ta symbolika jest zaskakująco praktyczna. Trzeba umieć patrzeć z różnych stron. Trzeba wiedzieć, kiedy milczeć. Trzeba nie bać się rzeczy niejasnych. Trzeba cierpliwie rozpoznawać. Trzeba przyjmować, że świat przedmiotów jest większy niż nasze pierwsze skojarzenia.
Czasem figurka sowy jest tylko dekoracją. Ale czasem przypomina, że prawdziwe widzenie nie polega na szybkim rzuceniu okiem. Polega na tym, żeby wytrzymać spojrzenie.
Sowa patrzy długo. My rzadko.
Współczesność uczy nas patrzeć krótko. Obrazek, gest, przewinięcie, następny film, następna rzecz. Antykwariat wymaga innego rytmu. Nawet jeśli pokazujemy przedmioty w krótkich filmach, to one same pochodzą ze świata wolniejszego. Z czasów, gdy porcelanę ustawiano w serwantkach, książki stały na półkach latami, album oglądało się przy stole, a bibeloty miały swoje stałe miejsce. Sowa jako motyw dobrze łączy te dwa światy: można ją pokazać w krótkiej rolce, ale jej sens jest dłuższy niż kilka sekund.
Dlatego film o figurkach sów jest tak naprawdę filmem o patrzeniu. O tym, że wśród dawnych przedmiotów nawet mały ceramiczny ptak może przypomnieć coś ważnego. Że nie każdy przedmiot musi od razu opowiadać wielką historię polityczną, wojenną, artystyczną czy rodową. Czasem wystarczy, że stawia pytanie: czy umiesz się zatrzymać?
Sowy mają jeszcze jedną cechę: są trochę pomiędzy światem realnym a bajkowym. Prawdziwa sowa jest drapieżnikiem, nocnym ptakiem, doskonałym łowcą. Ale figurka sowy bywa oswojona, domowa, przyjazna. Z groźnego mieszkańca nocy robi się mały strażnik półki. To oswojenie tajemnicy jest bardzo ludzkie. Bo człowiek od zawsze brał to, co dzikie, odległe, nocne i symboliczne, a potem zamieniał w przedmiot do postawienia w domu.
W ten sposób dom stawał się trochę większy niż sam dom. Wchodził do niego las, noc, mądrość, bajka, mit, zwierzę, znak. Jedna figurka mogła być ozdobą, ale też małym talizmanem. Czymś, co niekoniecznie traktujemy poważnie, ale czego jednak nie wyrzucamy. Bo może przynosi szczęście. Może pilnuje biblioteki. Może przypomina kogoś, kto ją podarował. Może po prostu dobrze patrzy.
W antykwariacie takich „małych talizmanów” jest wiele. Figurki, medaliki, szkatułki, zegarki, filiżanki, przyciski do papieru, obrazki, ramki, szkła, porcelanowe zwierzęta. One często nie są najdroższą częścią zbioru, ale bywają najbardziej osobiste. Wielkie dzieło można podziwiać z dystansu. Małą figurkę łatwiej wziąć do ręki.
A gdy bierze się do ręki starą figurkę sowy, czuje się nie tylko jej materiał. Czuje się też ten szczególny paradoks przedmiotów: są nieruchome, a jednak wędrują. Sowa siedzi, ale przez lata przechodzi z domu do domu. Przez ręce właścicieli, spadkobierców, sprzedających, antykwariusza, kolekcjonera. Może stała kiedyś w mieszkaniu, potem trafiła do kartonu, potem do antykwariatu, potem znów stanie u kogoś na półce. Nieruchomy ptak odbywa długą podróż.
Od sów nauczyłem się więc także tego, że nie trzeba wyglądać na podróżnika, żeby naprawdę wędrować.
Przedmioty w antykwariacie są ciągle w drodze. Nawet jeśli przez długie lata stoją bez ruchu, ich biografia trwa. Zmienia się kontekst, właściciel, znaczenie. To, co dla jednej osoby było zwykłą dekoracją, dla innej staje się kolekcjonerskim znaleziskiem. To, co stało na babcinej półce, może stać się elementem nowoczesnego wnętrza. To, co było pamiątką, może stać się symbolem.
Sowa szczególnie dobrze znosi takie przemiany, bo sama jest znakiem wieloznacznym. Może być mądrością, nocą, lasem, humorem, nauką, tajemnicą, dzieciństwem, biblioteką, magią, prezentem, wspomnieniem PRL-owskiej meblościanki albo częścią większej kolekcji. Każdy właściciel może zobaczyć w niej coś innego. I może właśnie dlatego sowy wracają.
W krótkim filmie pokazuję różne figurki sów, ale mógłbym powiedzieć, że pokazuję też różne sposoby patrzenia na przedmiot. Jedną można oglądać jako przykład ceramiki. Drugą jako dekorację. Trzecią jako symbol. Czwartą jako pamiątkę z czyjegoś domu. Piątą jako zabawny bibelot. Szóstą jako małą rzeźbę. Każda z tych interpretacji jest częściowo prawdziwa. Antykwariat jest miejscem, gdzie przedmiot rzadko ma tylko jedno znaczenie.
I to może być najważniejsza lekcja od sów: świat jest bardziej warstwowy, niż się wydaje.
Kiedy patrzymy szybko, widzimy: figurka. Kiedy patrzymy dłużej, widzimy: materiał, styl, epokę, gust, właściciela, dom, symbol, pamięć, drogę. Jedna rzecz otwiera drugą. Mała ceramiczna sowa prowadzi do rozmowy o mądrości, nocnym widzeniu, książkach, cierpliwości, kolekcjonerstwie i ludzkiej potrzebie otaczania się znakami. To dużo jak na małego ptaka z półki.
Ale antykwariat właśnie z takich rzeczy się składa. Z drobiazgów, które prowadzą dalej.
Nie zawsze trzeba zaczynać od wielkiego tematu. Czasem wystarczy spojrzeć na sowę. Na jej oczy. Na to, że siedzi spokojnie pośród innych przedmiotów. I pomyśleć, że może w świecie pełnym pośpiechu warto czasem być mniej jak człowiek z telefonem, a bardziej jak sowa na gałęzi: patrzeć, czekać, obracać głowę, nie dać się oślepić pierwszemu światłu.
W Antykwariacie Szarlatan lubimy przedmioty, które mają w sobie taką cichą naukę. Nie moralizują, nie wygłaszają wykładów, nie domagają się uwagi. Po prostu są. A jeśli człowiek zatrzyma się przy nich na chwilę, może usłyszeć coś więcej.
Figurki sów uczą mnie, że mądrość nie zawsze wygląda poważnie. Czasem jest porcelanowa, trochę śmieszna, z wielkimi oczami. Uczą, że piękno może być małe. Że przedmiot nie musi być monumentalny, żeby miał sens. Że domowe bibeloty także tworzą historię kultury. Że patrzenie jest pracą. Że cierpliwość bywa skuteczniejsza niż pośpiech. Że nie wszystko trzeba od razu tłumaczyć. I że czasem najlepszym komentarzem do świata jest milczenie kogoś, kto widzi więcej.
Zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmu oraz do odwiedzenia Antykwariatu Szarlatan przy ul. Szczytnickiej 51 we Wrocławiu. Wśród książek, starodruków, porcelany, ceramiki, szkła, obrazów, biżuterii i dawnych przedmiotów spotkać można także sowy — małe strażniczki półek, bibliotek i cudzych domów. Patrzą spokojnie. Jakby chciały powiedzieć, że najciekawsze rzeczy zaczynają się wtedy, gdy przestajemy się spieszyć.
- Views1725
- Likes0








