Został jeszcze dworzec i fisharmonia…
Został jeszcze dworzec i fisharmonia. – Jeździłam jeszcze z tego dworca do Wiszni Małej. – Przed dworcem stoi parowóz. Parowozik właściwie – bo to wąskotorówka. Mijaliśmy go szukając miejsca do zaparkowania. Obok – zbudowany z tej samej mocno wypalonej cegły – kościół z dwoma wieżami przykrytymi utlenioną już na zielono miedzią. Może w tym kościele – po sąsiedzku jej ojciec grał na organach. Miedź jest zdrowa dla ludzi, bo zabija drobnoustroje, nic więc dziwnego, że dożył lat biblijnych. A jeszcze te święte księgi – kancjonał, śpiewniki kościelne i pieśni religijne. Nad wszystkim – ze szczytu szafy czuwa święty Ludwig van Beethoven. Pewnie znów bluźnię, ale nie ma tam krzyża, anioła stróża ani nawet Jana Pawła. Tylko te pieśni na chwałę Pana. Dwie sterty nut od ziemi na ponad dwa metry. Biblioteczka z przesuwnymi szybkami, no i to popiersie. Poniemiecki breslauerski gips. Obtłuczony wprawdzie to tu to tam, ale to raczej dobrze świadczy o stróżu – sam nadstawił kark, a raczej gipsową perukę i kawałek nosa, a jego podopiecznemu włos z głowy nie spadł. Zresztą gdzie miał spaść? W kościele, gdy przy olbrzymich organach wygrywał te deum laudamus czy tu, gdy w głębi fotela przy fisharmonii chwalił Pana Eroicą, a nawet Moniuszką i Chopinem, którego biografię w smacznym półskórku trzymał między niemieckimi encyklopediami.
Kamienica jak się patrzy. Potężne piętra wokół kręconych schodów, tylko po dwa mieszkania na piętro. Tralki i zachowane fragmenty posadzki. Świetlik pod niebem. – staję i patrzę którędy aniołowie wchodzili posłuchać Beethovena? Przez świetlik, czy przez okna, a może jak Mikołaj przez komin – w kącie stoi śliczny piec. Secesyjne kafle w kolorze butelkowej zieleni, a w centralnym miejscu sielska scena. Wszystko zachowane jak któryś z pomniejszych bóstw – święty, a może tylko błogosławiony August Endell albo raczej jeden z jego uczniów narysował, tak stoi do dziś. Bez odłamków, uszczerbków i wyłupień – widocznie i nad nim Ludwig von sprawował pieczę.
Kobiety są dwie. Córka zmarłego i jej przyjaciółka – przyszła przed chwilą, wyraźnie widać, że ma być ochroniarką – nie odzywa się i patrzy nam na ręce, co jest trochę dziwne, bo w mieszkaniu już niewiele zostało. Rozluźnia się dopiero, gdy podpisujemy umowę, a ja wypłacam umówioną kwotę. Staje się nagle rozmowna jakby zrzuciła z siebie ten ochroniarski stres. Nic dziwnego, że gipsowy biust Ludwiga milczy, a kąciki ust ma skierowane w dół – przez chwilę rozmawiamy o jego groźnej minie – ja myślę, że to nic dziwnego – tyle lat w napięciu, Agnieszka żartuje, że teraz można to zoperować – chirurgia plastyczna przemieni największego kapryśnika w wiecznie zadowolonego instagramera. – No może lepiej nie – protestuje gospodyni, ale widać, że jest zadowolona, że uratujemy tego smutasa, który znika w naszej wielkiej torbie. Przez chwilę żałuję, że nie ma już niemieckich marek – pamiętam monetę pięciomarkówkę z Beethovenem – to byłby ładny psikus, wymienić Beethovena na Beethovena i dobrze, że ten nie słucha moich myśli – na dnie naszej torby rozluźnił się nieco i nie trzeba mu już operacji.
Stanisław Karolewski, W cudzych domach. Wyznania antykwariusza. Planowana premiera: koniec 2026 roku
- Views2961
- Likes0







