Szarlatan

ul. Szczytnicka 51
50-382 Wrocław

e-mail: szarlatan@wp.eu

 

 tel.: +48 537-807-207 dostępność pozycji w Antykwariacie
tel.: +48 606-675-207 sprzedaż obiektów do Antykwariatu

czynne:
poniedziałek-piątek 10-18
sobota 10-14

 

O Szarlatanie

      Wyobraź sobie, że pewnego dnia, podczas codziennej krzątaniny wśród miejskich spraw, trąbiących autobusów i spieszących zegarów, dostrzegasz drzwi. Choć nie raz byłeś w tej okolicy, nigdy dotąd twój wzrok nie powędrował na czarno-biały szyld nad drzwiami, a twoje nogi nie przekroczyły zaledwie trzech schodków dzielących cię od bajkowego wnętrza. Znudzony szarością tłumu decydujesz się wejść, pokonać niepewność, bowiem napis nad drzwiami głosi: Szarlatan.

      Wyobraź sobie, że pokonujesz te trzy schody. Niepewnie stajesz w progu i poddajesz się sile, która wciąga Cię do środka. Mimo wciąż otwartych drzwi otacza cię czar muzyki sączącej się z czarnej płyty w tempie 33 obrotów na minutę. Twoje oczy powoli przyzwyczajają się do ciemnego wnętrza przecinanego snopami światłości punktowo oświetlającymi regały pełne ksiąg i zaginionych skarbów. Sięgasz dłonią po znajomy tytuł: Dziwne losy Jane Eyre. Przebiegasz wzrokiem po półkach, zatrzymujesz się, gdy mruga do Ciebie Schulz i jego Sklepy cynamonowe. Znad głowy wiekowa lampa szepcze ci do ucha opowieść o tych, którym kiedyś świeciła, a którzy odeszli, zanim świat oszalał. Teraz muzyka się zmienia, powolne kołysanie swingującego jazzmana przeszło w wesołe tony Yellow Submarine Beatlesów. Odwracasz głowę i pieścisz wzrokiem obraz, który wisi cztery metry nad Tobą, a jednak przykuwa uwagę wewnętrzną harmonią. Zanim się spostrzegłeś, dałeś się uwieść tej opowieści. Wpadłeś. Stałeś się szarlatanem – pozwoliłeś, by światy wyobrażone wtargnęły do Twojej rzeczywistości, zmieniając ją bezpowrotnie.

Misja Szarlatana

PASJA STWARZANIA – każdego dnia, otwierając oczy, stwarzamy świat na nowo. Tworzymy też, stając sięnaladowane odbiorcami sztuki, muzyki i literatury – bowiem sztuka jest wszędzie tam, gdzie zgodzimy się ją dostrzegać, a odbiorca z artystą spotykają się w połowie dzieła.

Szarlatan pomaga porządkować rzeczywistość wokół siebie w oparciu o piękno i radość – ukryte w sztuce i w literaturze. Wierzymy, że coraz większa garstka ludzi: pracowników i klientów firmy, wprowadzając do swojego życia harmonię, jest w stanie stworzyć piękny i radosny świat – dla wszystkich. Ci, którzy tkają wątek rzeczywistości w oparciu o „zmyślenia”: sztukę, literaturę i muzykę, sami stają się szarlatanami.

UZDRAWIAMY PIĘKNEM – harmonia i ład zawarty w sztuce, muzyce i literaturze, radość twórczości – prowadzi do uzdrowienia ciał i dusz a następnie promieniuje na nasze mieszkania, rodziny, sąsiadów aż wreszcie otoczy i odmieni świat.

Emblematy przy kategoriach książek

W trosce o coraz pełniejsze realizowanie idei Szarlatana – przenikania się słowa i obrazu – po raz pierwszy publicznie i w jako pierwszym antykwariacie na świecie, zostały u nas odsłonięte emblematy przy każdej z kategorii książek.

stefan

W przeciwieństwie do coraz powszechniej stosowanego systemu piktogramów, my posłużyliśmy się „żywymi” obrazami – przedmiotami, określającymi daną kategorię, a nie jedynie ich określeniem graficznym. Tak, więc z półek z literaturą fantastyczną straszy klientów pluszowy UFO-ludek, a medycy trafią pod właściwy regał, widząc zwisający na nim stetoskop.

O nazwie

Zainteresowanych i zaintrygowanych nazwą sklepu odsyłamy do tekstów Mistrza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (Ulica Szarlatanów, Kryzys w branży szarlatanów oraz wielu wielu innych), w ktorych przedefiniowuje i nadaje nowe znaczenie temu słowu. czytaj dalej…

Nasza muzyka

Szarlatani często słuchają jazzu(choćby Julio Cortazar – wielki szarlatan), ale nie tylko… Od listopada 2007 r. sączymy jazz(ale nie tylko bo i The Beatels i Edith Piaf), także z oryginalnych longplayów – czarnych jak mistrzowie jazzu, płyt winylowych…

Nasze inspiracje

„W taką noc nie podobna iść Podwalem ani żadną inną z ciemnych ulic, które są odwrotną stroną, niejako podszewką czterech linij rynku, i nie przypomnieć sobie, że o tej późnej porze bywają czasem jeszcze otwarte niektóre z owych osobliwych a tyle nęcących sklepów, o których zapomina się w dnie zwyczajne.
Nazywam je sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi są wyłożone.

Te prawdziwie szlachetne handle, w późną noc otwarte, były zawsze przedmiotem moich gorących marzeń.

Słabo oświetlone, ciemne i uroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła, aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś tam znaleźć ognie bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych, chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach, mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe książki, stare folianty pełne przedziwnych rycin i oszołamiających historyj. Pamiętam tych starych i pełnych godności kupców, którzy obsługiwali klientów ze spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrości i wyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń. Ale nade wszystko była tam jedna księgarnia, w której raz oglądałem rzadkie i zakazane druki, publikacje tajnych klubów, zdejmując zasłonę z tajemnic dręczących i upojnych.
Tak rzadko zdarzała się sposobność odwiedzania tych sklepów – i w dodatku z małą, lecz wystarczającą sumą pieniędzy w kieszeni. Nie można było pominąć tej okazji mimo ważności misji powierzonej naszej gorliwości.(…)”

Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe

„I oto były one, Śniące Książki. Tak w tym mieście nazywano antykwaryczne zasoby, ponieważ z handlowego punktu widzenia nie były one ani już naprawdę żywe, ani jeszcze całkiem martwe, znajdowały się bowiem w stanie przypominającym sen. Właściwy żywot miały już za sobą, a rozkład przed sobą, tak więc drzemały sobie milionami milionów na wszystkich regałach i we wszystkich skrzyniach, w piwnicach i katakumbach Księgogrodu. Jedynie książka chwycona poszukującą ręką i otwarta przez nią, książka zakupiona i wyniesiona stamtąd, mogła ożyć nowym życiem. I to było to, o czym śniły wszystkie te książki.”

Walter Moers, Miasto śniących książek

„Krakowianie, znający dobrze miasto, pamiętają kościół PP. Prezentek, stojący na rogu ulicy św. Jana i ulicy św. Tomasza. Romański w swych murach datuje się jeszcze z czasów przed lokacją miasta, i dlatego wkracza w połowę ulicy. W ten sposób tworzy się malowniczy placyk, zacieniony wysokimi kamienicami. Za apsydą, w najciemniejszym kącie zaułka, gdzie światło dzienne dochodzi rozproszone, szare i ponure, gdzie wilgoć, cień i chłód wśród skarp kościoła panują, mieściły się składy śmiecia i wszelkiego niechlujstwa. Kiedyś Rada Miejska zajęła się tym kątem, bo zdarzało się zbyt często, że w nocy lekkomyślne krakowianki wabiły tam niedoświadczonych młodzieńców, z czego wynikały różne kłopoty. Rezultatem obrad Rady Miejskiej było umieszczenie w tym miejscu gazowej latarni, którą niestety gasił złośliwy zefir.

W samym rogu zaułka, tuż przy murze kościoła, właściciel wielkiej kamienicy wpadł na pomysł, by pokój, gdzie nikt mieszkać nie chciał,przerobić na sklepik.
Długi czas lokal ten stał pustką, aż wreszcie znalazł się człowiek, który go wynajął, bo sklepu potrzebował, a klienteli nie. I w ten sposób w latach siedemdziesiątych, za dobrych czasów warszawsko-wiedeńskiej kolei, za panowania Modrzejewskiej, Matejki i Sienkiewicza otwarł Jakub Maurycy [Fabian Bernard]
Himmelblau [1860-1931] swoją antykwarnię, w której życie przepędził, często zapominając, że nadszedł szabas.

Zakurzona, brudna szyba wystawy była myta jedynie przez wiosenne burze i jesienne deszcze. Wówczas przejaśniała się trochę i oko przechodnia było w stanie dojrzeć broszury, rękopisy, książki i księgi, dyplomata, nuty bezładnie nagromadzone. Wśród nich widać było bronzowe popiersie Szujskiego, zegar z Napoleonem, dwa lichtarze, kilka czerwonych pieczęci, pudełko monet oraz aparat fotograficzny z napisem „okazja”. Prawda, była tam jeszcze lornetka odarta ze skóry.

Gdy weszło się do sklepu, uderzał ostro dzwonek raz za pchnięciem drzwi, potem drugi raz, gdy drzwi się zamykało. Wzdłuż długiego lokalu stała lada, a na niej pełno książek. Zapomniane powieści, przestarzałe zbiory prawnicze, skorowidze i skoropisy, rozporządzenia podatkowe sprzed lat, kolejowe rozkłady jazdy, schematyzmy królestwa Galicji i Lodomerii – słowem makulatura, nie mogąca znaleźć czytelnika, nadająca się wyłącznie do papierni.

Za ladą na półkach książki nie lepszy przedstawiały widok. Elementarze wycofane ze szkół, poobdzierane z okładek, rozstrzępione, porozpruwane. Obok zajmował miejsce pełny nakład jakiejś broszury wydanej w Paryżu przez Januszkiewicza, nierozcięte kazania ks. Kajsiewicza, kilkadziesiąt lipskich tomików Brockhausa, Roczniki Po1skie Hotelu Lambert, Nowa Polska Ostrowskiego, Pęcławskiego Listy o Krakowie, których na starość wstydził się ks. Kalinka, Mierosławskiego dzieła militarne, Buszczyńskiego rozprawy ekonomiczne i Hoene-Wrońskiego przez nikogo nieczytane filozoficzne traktaty. Ten zapas książek z Wielkiej Emigracji przywiózł do Krakowa pewien staruszek księgarz i gdy z głodu umarł, kupił go po nim Himmelblau.

Były czasy gdy panował na półkach jakiś porządek, a książek z różnych dziedzin musiało być więcej. Widniały jeszcze napisy działów starannym charakterem wyciągnięte : Religia, Filozofia, Łacina, Medycyna, Prawo, Gospodarstwo, Powieści, Literatura Piękna – ale było to chyba bardzo dawno, skoro część kartek była naderwana lub odstawała od desek.
    Pod ścianą wzdłuż sklepu leżały stosy książek, niesforne, rozstrzepane, ciśnięte bez porządku i bez szacunku. Znowu były to książki przestarzałe i nieaktualne.
Kilkaset egemplarzy „Przewodnika dla kuracjuszów u wód galicyjskich” nikogo nie zachęciło do leczenia reumatyzmów w Krynicy, w Rabce i w Szczawnicy. Drugą potężną kupę tworzyły stare roczniki Klosów, Tygodnika Ilustrowanego, Wędrowca, Bluszczu oraz Tygodnika Mód i Powieści, niekompletne, nieoprawne, związane tylko sznurkiem. Na nich, jak na potężnej bazie, leżały kalendarze sprzed pół wieku:
Kalendarz Polski i Ruski lub Kalendarz Astronomiczno-Gospodarski, Parafialny, Dla Domu i Szkoły, Pielgrzymstwa Polskiego, Izraelicki, Dla Uczącej się Młodzi, Kapłański, Humorystyczny i przede wszystkim ów najdawniejszy, który genealogię swą wprost wywodził od słynnych w XV wieku kalendarzy Uniwersytetu
Jagiellońskiego, Kalendarz Krakowski Józefa Czecha rok rocznie starannie wyrachowany. Na samym szczycie piramidy leżały książeczki do nabożeństwa zaczytane i zamodlone, które od Bractwa Literatów przy kościele św. Wojciecha dostały się do antykwarni oraz nakład popularnego wydawnictwa ze znamienną datą w tytule: Powinności i obowiązki ze stosunku pańszczyznianego wynikające dla  dworu i gminu spisane w r. 1846.

    Pajęczyny miały tu swoje królestwo. Oplatały księgi po kątach i na półkach i
rzadko kto rwał ich misterne koronki. Ponieważ much tu nie było, więc łapały
kurz i brodate, omszone, niczym sędzieliny w borze tatrzańskim lub stalaktyty w
kopalniach wielickich zwisały z sufitu.

    W sklepie panował zaduch, ponury i odurzający, nie powiem jednak, aby przykry.
Zapach to był książek i pleśni, kurzu i lampy gazowej, syczącej równomiernie w
górze.

    Wszedłszy tutaj, zatracało się poczucie czasu. Czy był to rok 1872, czy 1912
trudno było powiedzieć, bo z pewnością nic się tu nie zmieniło od lat. Miasto
huczało daleko, czasem głos z ulicy dolatywał lecz stłumiony i nieśmiały jak
przechodzień, który wszedłszy mimo woli, poddawał się nastrojowi miejsca.
Płynęły chwile, godziny, dnie, lata – a książki bezładnie leżące leżały cierpliwie.

    Czasem tylko ze stosu w kącie zesunęła się jedna, oparła się swoim ciężarem o
drugą i z kolei ją poruszyła. Powoli nacisk się zwiększał, opór malał, ustąpiła
trzecia i czwarta książka i kupa przechyliwszy się, runęła w dół, zasypując
wąskie przejście na dowód, że prawa lawiny nie tyłko panują wśród gór.

    Gdy oko klienta przywykło do mroku, gdy objęło tę dziwną składnicę ksiąg –
leniwie po ladzie, po papierach i broszurach krok za krokiem szedł kot, który
spojrzawszy na gościa, zeskakiwał z lady i uciekał wgłąb sklepu. Tam
przeskoczywszy trzy stopnie, znikał za małymi drzwiczkami.

    Dopiero wtedy pokazywał się gospodarz. Brodaty Żyd w surducie, świadczącym, że
jego właściciel nie przywiązuje żadnej wagi do stroju. Antykwarz pochylony i
trzęsący się szedł z trudem. Zza okularów opasłych na koniec nosa patrzyły blade
oczy w przekrwionych powiekach.

    – Czego? – pytał niegrzecznie.

    Jeśli klientem był student, który szukał podręcznika szkolnego lub
ściągaczki-bryka do Cezara czy Ksenofonta, odpowiedź brzmiała:

    – U mnie nie ma…

    Kryło się za nią coś więcej jak niechęć sprzedaży książki czy trud szukania jej.
W ten sposób chciał antykwarz zniechęcić klienta, chciał na zawsze ustalić w
jego opinii przekonanie, że nie ma co do niego przychodzić.

    Tak samo odpowiadał innym, gdy padały pytania o książkę kucharską, sennik
egipski, listownik, o Lekarza domowego, o Poradnik małżeński dla obojga płci lub
o Medytacje na wszystkie dni roku.

    – U mnie nie ma…

    Ta kategoria gości zdarzała się też rzadko, coraz rzadziej, bo rychło nauczyli
się wszyscy, że nie warto wstępować do antykwarni, gdzie właściciel
najpotrzebniejszych książek nie trzyma na składzie.

    Od czasu do czasu jednak trafiali się naiwni, którzy próbowali sprzedaży
książek: uczeń z końcem roku szkolnego, chcący pozbyć się źródeł swej wiedzy,
student prawa czy medycyny z podręcznikiem lub żona recenzenta z egzemplarzami
autorskimi.

    Himmelblau odpowiadał wtedy:

    – Ja nie kupuję tego…

    Znowu po to, aby oduczyć wszystkich wstępowania do sklepu, aby dać mu święty spokój.

    – Ale prócz tej kategorii gości jest jeszcze w antykwarniach inna, najczęstsza i
najgroźniejsza: przechodzień zwabiony widokiem książek, a mający chwilę czasu,
wstępujący bez określonego celu, aby popatrzeć czy nie znajdzie czegoś z zakresu
poezji francuskich romansów, socjalizmu, pornografii, filozofii i medycyny. Czytelnicy,
dopytujący się o poszczególne rodzaje piśmiennictwa, mniej irytowali
Himmelblaua. Tym odpowiadał krótko, stwierdziwszy, że książek nie ma lub że je
wyszuka na przyszły miesiąć. Niebezpieczni byli ci, którzy wstępowali bez
określonego pragnienia – tak aby popatrzeć – a którzy grzebali w stogach książek
i na półkach, każąc czekać właścicielowi.

    – Tam pan nie znajdzie nic, tam nie ma co patrzeć.

    Skoro jednak zaciekły gość nie dawał za wygraną i wyciągnąwszy książkę pytał o
cenę, taki rozpoczynał się dialog:

    – Ile za tę książkę?

    – Ona droga…

    – Ale ile?

    – Pan nie kupi…

    – Ależ ile? -pytał zniecierpliwiony klient.

    Cena bywała zawsze bardzo wysoka, odstraszająca. Klient opuszczał sklep, Widząc,
że ze starym nie dojdzie do porozumienia.

    Zdarzało się, że przecież gość godził się na słoną cenę i trzymając w ręku
książkę, sięgał do kieszeni po pieniądze. Wówczas zły, ponury Himmelblau niemal
że wyrywał mu ją z ręki i nieuprzejmie mówił:

    – Zawinę…

    Zawijanie trwało dobrą chwilę. Staremu ręce się trzęsły, papieru nie mógł
znaleźć ani sznurka. Równocześnie odchylał okładki i patrzył na kartę tytułową,
czytając ją dokładnie. Wreszcie szybko wręczał książkę gościowi, brał, nie
licząc pieniądze, i wkładał do szuflady.

    Lecz i taka scena nie zawsze miała miejsce. Gdy klient zapytywał:

    – Ile za Herbarz Paprockiego?

    – To już kupili…

    – A „Studia dyplomatyczne” Klaczki?

    – Też nie do sprzedania…

    – A Grabowskiego „Starożytnicze wiadomosci”?

    – Kupione…

    – Cóż w takim razie można tutaj kupić?

    – Ny, tu jedni panowie to wszystko u mnie zamówili. To mnie ciężko sprzedać…

    Zniecierpliwiony klient opuszczał sklep, często trza,skając drzwiami na dobitkę.

    Wówczas stary ożywiał się. Z chyżością, której nikt by nie podejrzewał u niego,
biegł w głąb antykwarni i znikał za małymi drzwiczkami, kontent, że został sam.

    A pokój, w którym siedział, to była osobliwa komórka z oknem wychodzącym na
podwórze, gdzie śmietnik ocieniała suchotnicza akacja. Pod oknem stał stół,
przed nim fotel, z którego wyłaziły sprężyny. Lampa gazowa paląca się cały
dzień, żelazny piecyk i rynienka z resztkami cebuli, węgiel w kubełku dopełniały
urządzenia. Pod ścianami stały półki z książkami.

    Osobliwe to były księgi! Nawet niewprawne oko rozeznałoby, że format ich i
oprawa były inne od książek w sklepie, od zwyczajnych, używanych codziennie w
domu, w szkole, w urzędzie.

    Niżej stały grube folia w skórę oprawne z grzbietami dzielonymi poziomo przez
małe garby, jakie tworzą sznurki spajające arkusze. Czasem na grzbiecie
naddartym lub pękniętym złociły się litery napisu, resztki dawnej świetności, a
czasem widać było pożółkłą nalepkę. Na górnych półkach równo i starannie
ustawione stały małe ósemki i szesnastki oprawne w pakunkowy papier, tam, gdzie
okładka nie mogła już więcej służby wykonywać.

    Himmelblau siedział przy stole i czytał. Gdy zmęczone oczy łapczywie wpatrzone w
książkę dojrzeć już nie mogły liter, brał szkło powiększające i zmuszał wzrok,
by pracował śpieszniej i wyraźniej. Od czasu do czasu poprawiał na głowie
kapelusz lub czapkę futrzaną, którą w zimie nosił. Jeśli treść książki
szczególnie go zainteresowała, to notował coś na kartce papieru. Pokurczone,
powykręcane miał palce, jak korzenie drzewa.

    Kiedy ojciec wszedł ze mną do pokoju za antykwarnią, poznałem, że stary
Himmelblau ucieszył się, bo prosił siadać i podsunął „do pana profesora” fotel
skórzany, mnie zaś dał do obejrzenia Wojsko polskie Kościuszki wydane przez
Bartoszewicza.

    Ale rozmowa ich była dla mnie ciekawsza, niż obrazki przedstawiające kawalerię
narodową, gwardię strzelców pieszych koronnych i kosynierów. Toczyła się mniej
więcej tak:

    – Ja już dawno czekał pana profesora i dlatego napisał kartkę. Muszę się pytać o
różne rzeczy. Widziałem jak pan szedł do Czasu, ale nie śmiałem zaczepiać.

    – Cóż takiego?

    – Z Królestwa ja dostał furkę książek po jednym panu hrabim, co tam umarł, i
pani hrabina sprzedała. Są drogie książki i osobliwości.

    – Polskie druki?

    – Polskie i nie polskie, ale do Bibliografii.

    – Jakież?

    – Niech się pan profesor patrzy.

    – Aa! Królewieckie! A ten klocek w sprawie toruńskiej zestawiony w Berlinie.

    – Czy pan to zna?

    – Tak. To chyba jest w Bibliotece JagieUońskiej, a jak nie to będzie w
Ossolineum. Pisał pan do Bernackiego?

    – Ny, jeszcze nie. A to wydanie?

    – Jovialitates Potockiego, 1747, to nic nadzwyczajnego. Może pan sprzedać.

    – Ale do tej książki to ciekawość zbiera?

    – Machiavelli, Storie Fiorentine, wydanie weneckie.

    – Niech ino pan profesor czyta, co tu napisane.

    – Rzeczywiście. Cenny egzemplarz, był własnością Starowolskiego, to będą jego
adnotacje. Bardzo ciekawe!

    – Więc ja tego nie sprzedam.

    I taka odpowiedź padała w stosunku do większości ksłążek, które ojciec mój
oglądał i których wartość bibliograficzną oceniał. Jedno po drugim z oglądanych
dzieł Himmelblau brał od ojca i stawiając na półki powtarzał:

    -To ja tego nie sprzedam…

    I tak między uczone dzieła Leopolity, Hoziusza, Łaskiego, Tretera,
Kochanowskich, Modrzewskiego i Przyłuskiego szły nowe tomy i tomiki pism
Leszczyńskiego, Potockiego Wacława, Skargi. Na półkach mieściła się cenna
biblioteka staropolskich pisarzy w autentycznych wydaniach. Posiadał Himmelblau
zbiór Statutów Polskich i Volumina Legum Konarskiego. Jedną półkę zajmował w
tomach zebrany komplet Kuriera Polskiego drukowanego u Pijarów w XVIII wieku.
Alchemiczne traktaty Sędziwoja, wydania kronik Długosza i Bielskiego, Zywoty
Świętych Skargi, wiele panegiryków i doktorskich rozpraw mieściło się na
półkach. Świetnie zachowany egzemplarz Statutu Wielikeho Kniastwa Litowskoho po
białorusku drukowany na pergaminie w roku 1588, był największą chlubą
Himmelblaua. Wychodząc na noc, chował go w dziurze pod deską podłogi.

    – To jest Radziwiłłowski egzemplarz. Nawet w Bibliotece nie mają takiego.

    – Tam jest ten kupiony od ks. Polkowskiego. Kosztował, o ile pamiętam, 250 reńskich.

    – Ny? Ale od kogo go ks. kanonik Polkowski miał? Od Himmelblaua – mówił z dumą.

    Ukochanym autorem starego antykwarza był ks. Szymon Starowolski, kanonik
krakowski, polihistor XVII wieku, jak Lelewel zeszłego wieku, a Brückner naszych
czasów. De rebus Sigismundi Primi lub Reformacje obyczajów polskich, a przede
wszystkim „Żywoty stu znamienitych pisarzy polskich” czytał parokrotnie i
stamtąd wiedzę posiadał.

    Miał Himmelblau swe gusta i upodobania. Miał wśród zapomnianych pisarzy
Rzeczypospolitej osobiste swe antypatie i wrogów.

    – Co pan profesor powi do tej brzydkiej książki?

    – Śleszkowski Sebastian – czytał ojciec. – Jasne dowody o doktorach żydowskich,
ze nie tylko duszę ale i ciało swoje. w niebezpieczeństwie zginienia wiecznego
wdają, drukowane w Kaliszu, 1623. To jednak cenna książka, panie Himmelblau,
jest o ile pamiętam w Dzikowie, u Czartoryskich i w Ossolineum.

    – Ny, to ja ją sprzedam do Biblioteki.

    Biblioteka była zawsze dla niego jedna, Jagiellońska. Książkę, której nie
polubił, sprzedawał za karę po wysokiej cenie.

    – Tu pisze o tym liberum veto – objaśniał ojcu, podając Seweryna Rzewuskiego O
tronie polskim zawsze obieralnym z dziejów i z prawa dowody.

    – Cenne dzieło dla dyskusji nad konstytucją majową.

    – To ja na nim zarobię, bo mi się nie podoba. Już pisałem do Czartoryskich.

    Potem pokazał ojcu ciężki pergaminowy kodeks zapisany drobnym pismem.

    – Ja trochę przeczytałem, ale się jeszcze nie nauczyłem, może pan profesor rozezna?

    – Ależ panie Himmelblau – mówił ojciec po chwili. – To niesłychanie cenny
rękopis z XII wieku. Wyraźnie tu napisane, że pochodzi z klasztoru św. Mikołaja
pod Kaliszem.

    – Ja też tak napisał do ks. rektora Fiałka do Lwowa i on tu zaraz przyjechał,
chciał książkę kupić, ale ja mu jej nie sprzedał. Tam jest napisane o opacie
Szymonie, co umarł w Lądzie w 1188 roku.

    – Czemuż pan jej nie sprzedał?

    – Bo ja jej jeszcze nie przeczytał…

    – Ale czy nie lepiej, żeby manuskrypt znalazł się w Bibliotece.

    – Lepiej, lepiej, ale to po mojej śmierci… „


 

 

Karol Estreicher

 

 

    „Wielokrotnie w ciągu lat naszej późniejszej przyjaźni, którą zaszczycał mnie
stary antykwarz, słyszałem tę jego odpowiedź. Była w niej zachłanność i
łapczywość skąpca, który siedzi na skarbach, było jakieś maniactwo, przywiązanie
i ciekawość, ale przede wszystkim była miłość polskiej przeszłości.

    W czasach powstania styczniowego Jakub Himmelblau był młodym i ruchliwym
człowiekiem. Dobrze mu się wiodło wówczas, bo razem z krakowskim kupcem Fenzem
wyspecjalizowali się w handlu odznakami patriotycznymi, których kraj tak bardzo
potrzebował. Zamawiali u rzemieślników w Lipsku i w Dreźnie krzyżyki, orzełki i
pogonie, pierścionki z kajdan, obrączki z napisem Polska, cierniowe korony, kosy
skrzyżowane, które w pakach z napisem „galanteria” przychodziły do Krakowa, a
stamtąd przemycane były do Miechowa lub do Sandomierza za Wisłę. Jeździł z
towarem Himmelblau aż do samych warszawskich rogatek, a czasem na furce pod
sianem i kilkaset numerów Pobudki lub Korony i Litwy lub Powstańca przewiózł.
Najlepiej zarobił, kiedy w lasy świętokrzyskie z polecenia rabina Meiselsa
zawiózł raz całą skrzynię krótkich pistoletów ze Śląska.

    Stryj jego był przyjacielem Juliusza Kossaka.

    – Mój stryjek to był kolega pana Kossaka, bo oba pochodzili z Wiśnicza. Tak ón
pomagał panu Kossakowi malować.

    „Pomagał malować” oznaczało, że sterczał w pracowni Kossaka i jeszcze mokre
„Stadniny” i „Husarzy” wyrywał mu spod pędzla z góry mając na nie kupca.

    Ojciec mój zachodził do Himmelblaua, siedział u niego godzinę, dwie i oceniał
książki. Doradziwszy mu jakiej bibliotece polskiej ofiarować kupno lub
odczytawszy jakiś rękopis, był wdzięcznie żegnany przez starego, który, rzecz
dziwna, sprzedając książki do polskich księgozbiorów, zadowalał się na ogół
małym zarobkiem.

    Na stole leżało pełno antykwarskich katalogów. Himmelblau wyciągnął jeden z nich.

    – Ja już pisał do Rosenthala o ten druk Stankara. Już go kupili na licytacji i
tanio. Będzie go pan profesor taniej miał przeze mnie niż wprost.

    Na całym świecie miał swoich przyjaciół, znajomych, krewnych, do których pisywał
i którzy pisywali do niego niedługie, ale ważne listy.

    Kiedyś przeczytałem,że w Lipsku podczas targów odbędzie się wielki zjazd
organizacyjny antykwarzy. Zapytałem starego czy pojedzie na ten zjazd.

    – Po co ja mam jechać, kiedy ja ich wszystkich znam i oni mnie znają?

    Tak było w istocie. Drobnym hebrajskim alfabetem, od prawej ręki pisanym, szedł
jego list do Pragera w Berlinie, do Rosenthala w Monachium, do Rappaporta w
Rzymie, do Pereza w Madrycie. Znał go i Wilder w Warszawie i Jolowicz w Poznaniu
i Jabłonko we Lwowie, znali go wszyscy antykwarze na Świętokrzyskiej w
Warszawie, i przy Charing Cross Road w Londynie i znali go hurtownicy bukinistów
nadsekwańskich. Nawet w Nowym Yorku przy 57 ulicy miał swego krewnego, który z
Blumenfelda stał się Bloomfieldem. Na Kercelaku, na Tandecie, na Marché aux
puces i na Caledonian Market, gdzie nie było antykwarni, zawsze byli handlarze
starzyzną, którzy wiedzieli, że jak jakaś stara książka polska lub o Polsce się
wala, to należy pisać do Himmelblaua tym prędzej, im starszy jest druk. Z
Bochni, z Tarnowa, z Chrzanowa znajomi, krewni i przyjaciele i przyjaciele
przyjaciół słyszeli o starym Jakubie, że on najlepiej książkę oceni lub kupi.

    Na Corso Umberto w Mediolanie świetnymi szybami wystawy błyszczała wielka
antykwarnia Simona d’Azzurro, która raz do roku wydawała katalog luksusowo
ilustrowany, prawdziwą ozdobę każdej biblioteki. Szef firmy udzielał się rzadko.
Mieszkał w pięknej willi podmiejskiej, był właścicielem stajni wyścigowej,
członkiem wielu klubów, teściem hrabiego Buonacorsi, przyjacielem klubowym
Edwarda VII oraz osobistym Anatola France’a. W roku 1890 urządził w Paryżu
ucztę, na której wręczył przyszłemu królowi Wielkiej Brytanii dar iście
królewski: manuskrypt Owidiuszowej Ars Amandi, co kiedyś zdobił bibliotekę
papieża Sykstusa IV, iluminowany ręką Boticella. Z tego powodu France napisał do
Messer d’Azzurra jeden z najdowcipniejszych swoich listów, który po śmierci
wielkiego pisarza, wydany pod tytułem Nowe Prowincjalki, bawi do dziś swą
satyrą. Kierownicy wielkich europejskich bibliotek zabiegali o przyjaźń d’
Azzurra, licząc się z jego wpływami. Milionerzy amerykańscy prez niego
zakupywali rzadkie druki i manuskrypty na licytacjach księgozbiorów nie tylko
włoskich czy europejskich, ale także indyjskich i chińskich. On to z szachem
perskim przeprowadził kupno słynnego kodeksu biskupa Maciejowskiego, który z
Persji dostał się do zbiorów Morgana.

    W antykwarni d’Azzurra dyrektorowie trzech działów: antycznego, europejskiego i
wschodniego wiedzieli i wiedzieli zastępcy dyrektorów i ich sekretarze, że jeśli
z Krakowa nadejdzie mały list hebrajskim szyfrem zapisany, należy go nieść do
szefa firmy niczym najpilniejszy telegram z Londynu czy z Paryża. Wówczas szef
domu, zazwyczaj pełen powagi i niezwykłej godności, wkładał nieco nerwowym
ruchem okulary w złotej oprawie i po chwili wydawał polecenie. Dziwił się zawsze
referent zakupów czemu dla jakiegoś lichego słowiańskiego druku tyle musi
zużywać trudu, tyle zawiadomień do wszystkich agentów rozpisywać. Dziwił się,
ale nie śmiał się pytać. Znał słabość szefa.

    Himmelblau miał przyjaciół wszędzie, którzy w razie potrzeby służyli mu pomocą.
On to jednego dnia otrzymał z Odessy świstek papieru, zbyt poufny, aby go
powierzono poczcie. Trzy tygodnie upłynęło zanim podawany z rąk do rąk, wieziony
od miasteczka do miasteczka przez Żytomierz, Berdyczów, Brody i Przemyśl dotarł
do Krakowa na ulicę św. Tomasza. Zawierał osobliwą wiadomość, że jeśli wspaniałą
i autentyczną tiarę króla Sajtafernesa ofiarują na sprzedaż książętom
Czartoryskim, to przyjaciele donoszą Himmelblauowi, że interes jest niepewny,
mimo niskiej i zachęcającej ceny. Tego jeszcze dnia późną porą odwiedził
Himmelblau dyrektora Muzeum Czartoryskich, profesora Mariana Sokołowskiego i
odbył z nim dłuższą konferencję.

    O osobliwa międzynarodówko antykwarzy! Czy odżyjesz kiedyś ty wspaniała,
podziemna, ściśle tajna organizacjo, bardziej podziemna, niż wszystkie
rewolucyjne ruchy świata, bardziej tajna, niż wszystkie masonie, bardziej
skuteczna, niż wszystkie międzynarodówki? Siłą swej organizacji, konsekwencji
wzajemnych popierań, przewyższająca kler, arystokratów i nawet zawodową dyplomację!

    Nie wiedziałem, że do tej tajemnej międzynarodówki, szwargocącej o polskiej
książee, że do wielkiego jej mistrza i kapłana wprowadził mnie ojciec. Z czasem
miałem się przekonać o jej potędze.

    Lata upłynęły, przeszła wojna światowa, a sklepik Himmelblaua istniał ciągle,
lecz zauważyłem, że coraz częściej bywał zamknięty. Razu jednego w wieczór
jesienny i deszczowy przyszła do nas stara, pomarszczona Żydówka w peruce i
oświadczyła, że koniecznie pragnie widzieć się z ojcem.

    – Ja jestem córka Himmelblaua, a ojciec chorował i umarł. On kazał panu
rektorowi oddać tę księgę na pamiątkę.

    Spojrzeliśmy. Był to zbiór listów z XVII wieku, ale jakich listów! Pochodził z
hetmańskiego archiwum Sapiehów na dalekiej Ukrainie i zawierał listy i
uniwersały podpisywane ręką królewską od króla Władysława czasów do czasów króla
Jana. Wielkie pieczęcie lakowe lub przez opłatki przybite i staranna oprawa w
skórę świadczyły, że do aktów tych kancelaria królewska przywiązywała wagę
szczególną i że taką samą wagę przywiązywano do nich kiedyś w sapieżyńskim archiwum.

    – Ojciec umarł ze starości.

    – A co się stało z książkami?

    – Chorował od roku, słabł, pieniędzy nie było, bo i stryjek umarł w Mediolanie,
nie było na leczenie, to je Taffetowi sprzedałam. Ojciec już mało widział i nie
rozumiał, a choć się  Ojciec już mało widział i nie rozumiał, a choć się domyślał, że książki
sprzedaję, to nie chciał tego widzieć. Jak je zabierali, tę tylko zatrzymał i
wsadził pod poduszkę. Powiedział, żebym po jego śmierci zaniosła panu rektorowi.

    W ten sposób nie dochował się w całości osobliwy zbiór starych książek polskich,
dowód zamiłowań literackich tego antykwarza. Nie domyślałem się, że taki będzie
ich los, gdy po raz pierwszy stałem w sklepie Himmelblaua, czekając końca
rozmowy z ojcem.

                                                        * * *


    Tymczasem Himmelblau zdjął z półek paczkę jakichś podartych druków i wręczył je
ojcu.

    – Tu są oni od roku wypruwane. Jest wśród nich paczka z Lipska.

    I podał ojcu kilkadziesiąt cuchnących, polepionych i zapleśniałych strzępów,
wymieniając niską cenę.

    – Ja pisał do Warszawy, tam także będą zbierać, pisałem do Wiednia – nadeślą.

    Nie rozumiałem z tego wiele. Ale zaciekawiało mnie, dlaczego ojciec kupuje te
papierzyska, śmiecie nie warte nawet podpalenia w piecu? Zapytałem go o to.

    Wszystkiego się dowiesz na czas – odparł niecierpliwie.

    Widziałem, że myśli o czym innym, bo papiery, z których zrobił mu paczkę
Himmelblau, wzbudziły jego zainteresowanie. Gdyśmy wracali fiakrem, rozpakował
je i ostrożnie przeglądał.

    Zaczynało być nudno. Gdyśmy zajeżdżali do domu, pomyślałem, że z pewnością
zapomniał o obietnicy nauczenia mnie nowej zabawy z miednicą.

    – No, a teraz, o ile przyrzekniesz, że nie będziesz więcej bębnił w miednicę, to
nauczę cię nowej zabawy.

    A więc ojciec pamiętał, mimo, że był zajęty szpargałami od starego Himmelblaua!
Nie wytrzymałem oczywiście i złożyłem uroczyste przyrzeczenie, wytargowawszy
tylko tyle, że bez pozwolenia nie będę bębnił.

    – Przynieś miednicę, rozściel na ziemi gazety i poproś Magdusi, żeby podała
dzbanek z ciepłą wodą.

    Ciepła woda parowała z miednicy, gdy ojciec wybrał gruby, poklejony strzęp i
rzucił go do wody.

    – Dawniej – tłumaczył – introligatorowie nie znali tektury. Mając oprawić
ksiąźkę, klajstrem zlepiali kartki papieru i stare druki, w ten sposób
usztywniając okładki. Zużywali na to książki wycofane z obiegu, nie czytane już,
nie mające wartości dIa nikogo. Ponieważ niejedna książka z tych czasów
zaginęła, więc my rozlepiamy stare okładki i czasem odnajdujemy coś ciekawego.
Patrz! pokazuje się jakiś drzeworyt. Uważaj! Nie odrywaj, bo podrzesz, samo
odejdzie.


    Muszę przyznać, że zabawa była bardzo interesująca. Zawierała w sobie element
chlapania się w wodzie, nadto ostrożnego odrywania papieru, a prócz tego kryła w
sobie coś niespodziewanego. Przypominała na większą skalę odbijanki.
Zainteresowała nawet Krzysię. Moja starsza siostra, zazwyczaj tak krytycznie
usposobiona do wszystkich moich poczynań, była dla mnie wyrocznią w wielu
sprawach, może właśnie przez ten krytyczny do nich stosunek. Tym razem
stwierdziłem, że Krzysia słuchała uważnie relacji o nowej zabawie z miednicą.

    – Ty jesteś co prawda za głupi na to, ale może, ci się uda. Czytałam w Podróży
do środka ziemi jak to w starych księgach bywają odnajdywane tajemnicze plany.
Na Oceanie Spokojnym znajduje się wyspa, gdzie piraci schowali przed wiekami
skarby, lecz brak planu uniemożliwia odszukanie ich. Uważaj dobrze, bo może
wlepiony on został w jakąś okładkę.

    Planów tajemnego przejścia w głąb ziemi, ani wskazówek do ukrytych skarbów nigdy
nie znalazłem. Ale tego samego dnia jeszcze ojciec wyłowił z miednicy część
żywota św. Stanisława w wydaniu nieznanym dotychczas, urywki krakowskiego
inkunabułu Turrekrematy i kartki z kroniki Miechowity, wycięte na rozkaz
cenzora, ponieważ nie podobały się Zygmuntowi I.

    Tak nauczyłem się nowej zabawy z miedzianą miednicą.”

 

Stanisław Estreicher
 

„Każdy zbieracz w czymkolwiek by się specjalizował, znalazłby niezbędny przedmiot dla siebie. Ledwo się zająknąłem, że interesują mnie dzwoneczki, już uprzejmy gospodarz właził pod łóżko i po krótkim pobycie tam wydostał dzwoneczek, jakiego nie miałem dotychczas. Gdybym wyjąkał, że interesuje mnie lichtarz, miałbym lichtarz, gdybym wyjąkał, że interesuje mnie rzeźbiona szkatułka arabska, miałbym rzeźbioną szkatułkę arabską, gdybym się zająknął, ze interesuje mnie talerz porcelanowy, miałbym talerz porcelanowy, gdybym się zająkał, że interesuje mnie gałka od laski, miałbym gałkę od laski. Tu było wszystko poczynając od ikony i kończąc na tabakierze, poczynając od miedzianego Buddy i kończąc na kryształowym flakoniku, od dawnego samopału do srebrnej czarki, od autentycznego Rericha do lichtarza i grzebienia szyldkretowego.””

 

Władimir Sołuchin, Spotkania z ikonami